I KONCERT, sobota 26 września 2016 r. Bazylika OO. Dominikanów, godz. 19.00 Drukuj
poniedziałek, 26 wrzesień 2016
image_001.jpgWieczór premier pod znakiem akordeonu.
To dopiero wiek XX zauważył akordeon jako instrument solowy, a kompozytorzy zaczęli nań pisać z uwagą i starannością, jakiej wcześniej absolutnie nie wykazywali. Instrument przeszedł swoistą metamorfozę w zakresie zarówno konstrukcyjnym, jak techniki wykonawczej. I choć coś z ludowego i ludycznego zastosowania i traktowania pozostało i dziś jeszcze w niektórych przynajmniej kompozycjach, to jednak akordeon trafił na salony muzyki klasycznej i czuje się tam dziś „u siebie” (choć nadal można się spotkać z pytaniem: czy akordeon to obciach dla młodych ludzi?).
W Bazylice OO. Dominikanów z pewnością zdominował  wieczór, a to za sprawą programu, jak i wykonawczyni – akordeonistki Elwiry Śliwkiewicz-Cisak.

fot. Jerzy Jacek Bojarski

Dziewięć z jedenastu pozycji programowych stanowiły utwory na akordeon solo, w duecie, bądź też jako towarzysza głosom ludzkim przydanego. Elwira Śliwkiewicz-Cisak schodziła z umownej sceny pod ołtarzem tylko po to, aby przynieść kolejne nuty (malowniczo na duże kartony naklejone, jak to w muzyce aktualnej się robi, aby łatwiej je ogarniać) lub wejść z kolejnymi wykonawcami. Godne podziwu i podkreślenia, bo w Polsce nie ma wielu wirtuozek tego instrumentu, a tu jedną mamy na wyciągnięcie ręki…
image_007.jpgZaprezentowane utwory (według informacji Dyrektor Artystycznej i prowadzącej Festiwal Teresy Księskiej-Falger w Lublinie przedtem nie wykonywane) można podzielić na trzy grupy. Piszącej łatwiej je będzie w ten sposób jakoś „ogarnąć”, co w stosunku do muzyki współczesnej jest o tyleż istotne, co konieczne, bo często po prostu inaczej trudno je opisać. Dzielę więc na własną odpowiedzialność, ale skoro wzorców i tak nie ma, więc odpowiedzialność tę podjąć muszę.
image_003.jpgGrupa pierwsza: Piazzola i inspiracje, tu:
Astor Piazzolla– Ave Maria–Tanti anni prima na sopran i akordeon, utwór znany, bo dobrze się wpisujący w tradycję takiego śpiewu, w dodatku, jak się okazało - przydatny na ślubach, a więc odnoszący sukces komercyjny, ale tylko tam, gdzie wykona go, jak na tym koncercie - profesjonalna sopranistka, tak wysoko (i trudno) jest napisany. Zabrzmiał przejmująco.

Franck Angelis – „Chiquilin de Bachin” na akordeon solo, a właściwie Etude sur Chiquilin de Bachin (A. Piazzolla).  Bachin  to restauracja, do której chętnie zaglądał Piazzolla i jego kompani z pierwszego zespołu, m.in.  Horacio Ferrer –autor tekstu do Chiquilin de Bachin (Chłopak z Bachin), który jest jednym z niewielu walców tego mistrza tanga. Angelis (francuski kompozytor i akordeonista, piszący od lat z powodzeniem na swój instrument) wydobył z tematu co tylko się dało, technicznie jest to trudne i dlatego bywa utworem obowiązkowym na konkursach. Solistka grała zachwycająco, zrobiła z tego piękną rzecz
do słuchania.

image_016.jpgMikołaj Majkusiak – Quinteto nuevo – Kwintet instrumentalny  na skrzypce, fortepian, gitarę elektryczną , akordeon, kontrabas (2015) /napisany na zamówienie Tanguillo Quintet czyli zespołu, który mieliśmy możność słuchać i oglądać/. Nie tylko charakterem, ale tytułem nawiązujący do formy, a raczej form (Piazzola jest tu twórcą własnej formy, która przybiera różne kształty wywodzące się ze swobodnej improwizacji) tango nuevo, którego twórcą był Piazzola, ale brzmieniem gitary elektrycznej dość ciekawie się wyróżniający barwowo. Grupa Tanguillo ma to dopracowane w każdym calu, więc wypada się ukłonić w stronę pianisty, który wbrew anonsowi na plakacie, zastąpił „etatowego”  muzyka  Tanguillo Quintet Piotra Chilimoniuka (może lepiej Państwu znanego jako Piotr Selim) i jak mi się słyszało, nic a nic nie zepsuł. Tym pianistą był lubelski kameralista Kamil Turczyn. Sumując, obydwa utwory
z tej grupy otrzymały od  kompozytorów nastrój, więcej – idiom Piazzoli, a to się od kilku lat bardzo podoba publiczności, więc i brawa były zaangażowane, a i liczne głosy po koncercie chwalące kompozycje i oczywiście – wykonanie.

image_005.jpgGrupa druga : poszukiwania nowej wersji brzmieniowej i innego zastosowania akordeonu, tu:
Andrzej Krzanowski– Studium III na akordeon solo – to pionier i największy chyba dotąd eksperymentator w dziedzinie muzyki akordeonowej (i nie tylko), zmarły w wieku 39 lat w 1990 r. nie zdążył powiedzieć ostatniego słowa, ale to, co pozostawił może wskazywać innym kierunki w jakich warto eksplorować ten instrument.

Conrad Steven – „Heathrose” ( „Polna różyczka” ?)  na sopran, tenor i akordeon (prawykonanie polskie) . Tutaj nic nie wiem. Czy to angielskie tłumaczenie znanego wiersza Goethego Heidenröslein, byłoby to wtedy jeszcze jedno muzyczne ucieleśnienie tak inspirującego kompozytorów wiersza, warte głębszego studium porównawczego (Schubert  
i kilkudziesięciu innych, także naszego Moniuszki z przekładem Józefa Grajnerta). Ale po jednorazowym odsłuchaniu image_003.jpgtej miniaturki nie ma szans, zwłaszcza gdy wszystko jest wielką niewiadomą. W programie także nie ma bliższych informacji  prócz tej (interesującej z pola widzenia nowej muzyki), że takie zestawienie jest pewnym eksperymentem  dotyczącym obsady wykonawczej. Owszem, zwłaszcza, że akordeon nie służył tu za fortepian, to pewne. Występuje raczej przeciwko (jak u Bogusława Schaeffera) wokalistom. Pod żadnym względem kompozycja nie przypominała tworzonych wcześniej tzw. pieśni, choć dobrana para - Aleksandra i Robert Mojsowie wydobyła z niej znakomicie aspekt (jednak!) wokalny. Resztę zostawiam tym, którzy mają szansę zerknąć do zapisu.

Jerzy Mądrawski – Epitafium 2014 na dwa akordeony ( prawykonanie lubelskie), poświęcone pamięci guru wszystkich akordeonistów polskich - Włodzimierzowi Lechowi Puchnowskiemu zmarłemu w tymże 2014 r. Już samą obsadą wspominało  "twórcę polskiej akordeonistyki",  jako się go określa, który także - założeniem w 1961 roku Warszawskiego Kwintetu Akordeonowego – wpłynął wydatnie na kameralną twórczość na ten instrument. Epitafium brzmieniowo nawiązywało do kompozycji,  jakie wykonywał rzeczony Kwintet , więc choćby w tym solennie uhonorowało wielkiego Profesora, tytana pracy i propagatora muzyki akordeonowej. W tym utworze sam kompozytor – znakomity akordeonista przyłączył się do wykonania z Elwirą Śliwkiewicz-Cisak. Wyszło świetnie.
Barbara Kaszuba – „Dwa słowa” do poezji Adama Mickiewicza na bas i akordeon (2007)
Utwór, którego nie sposób zdiagnozować po jednorazowym wysłuchaniu, ale warto było poznać choć jeden utwór młodej kompozytorki, która ma pokaźny dorobek, w Poznaniu i Warszawie na Warszawskiej Jesieni prezentowany,  ale w Lublinie jeszcze nie była grana. Może tylko: współcześnie zastosowany jako wyznanie miłosne młodej damy - Mickiewicz jest, zgodzicie się chyba Państwo Czytelnicy, dość anachroniczny, ponadto jego poezja miłosna jest nadużywana, gdy inne wiersze z zawartością głębszą i mocniej napisane – czekają… Ale wola Autorki… Akordeon w roli instrumentu zastępującego dawniejszy fortepiano (jak mawiał wieszcz) to interesująca propozycja. Operująca nowymi środkami  w tej miniaturze kompozytorka  dla mnie była o wiele bardziej interesująca  niż ujęcie poezji Leśmiana (o czym dalej). I może jeszcze tylko: w zakończeniu zabrakło słów „Kocham Cię” wypowiedzianych w jakimś egzotycznym, np. japońskim języku, bo ich brzmienie może (bardzo nowatorsko!) wywrócić nasz odbiór miłosnej frazy na nice.

image_006.jpgGrupa trzecia: „stary” akordeon w nowej odsłonie, tu:
Jerzy Mądrawski – „W malinowym chruśniaku” na sopran, tenor i akordeon do sł. Bolesława Leśmiana. Akordeon w bardzo „klasyczny” sposób zastąpił tu fortepian. Przynajmniej tak było to słyszalne. Kompozytor miał własną wizję wiersza Bolesława Leśmiana (ma prawo!). Wizję stylizowaną, może na XIX-w. mazurka z tą jego emocjonalnością, lekką, niezobowiązującą frywolnością dopowiadaną przez akordeon (może to pastisz, a ja się nie zorientowałam?). Ale tą wizją kompozytor ugodził mnie osobiście - dotkliwie. Leśmiana wielbię od nastolatki, inne utwory poznawałam później, erotyki, w tym „W malinowym chruśniaku”, wiadomo – kiedy. Malinowy chruśniak, niepozorny ogródek, istniał naprawdę w Iłży, gdzie poeta poznał i zakochał się w pięknej lekarce Dorze (Teodorze) Lebenthal i dzięki której napisał erotyki niezwykłe, które nędzny chruśniak tak dla  nas unieśmiertelniły. Tą stylizacją muzyczną poezja Leśmiana została sprowadzona do spotkania wiejskiej dziewczyny, która głosem wysokim chichocze (świetnie przez sopranistkę Aleksandrę Bubicz-Mojsę aktorsko i wokalnie wykonane, swoją drogą) i jakiegoś-tam paniczyka (też świetny Robert Mojsa). Tak wielokrotnie bywało (vide choćby „Panicz i dziewczyna” Mickiewicza w kompozycjach Moniuszki, Szeligowskiego). Ale n i e u Leśmiana. To spotkanie z równorzędną partnerką, inteligentną i piękną kobietą, która prócz erotycznego, wzbudza we wrażliwym poecie-mężczyźnie nie tylko szał miłosnych uniesień, ale i szał twórczy, a to jest coś znacznie większego (jak pisała George Sand: „kłótnie kochanków zamierają, a dzieła natchnione pozostają”). Tak więc, przepraszam Wielce Szanownego Kompozytora, ale mnie do serca, a zwłaszcza – do rozumu - nie przypadła taka muzyczna interpretacja Leśmiana, zresztą bardzo zgrabnie ułożona i wykonana.

Jerzy Mądrawski – Album Polski na dwa akordeony (prawykonanie światowe). Kompozytor widać lubi nawiązywać do polskiego folkloru i to nic złego, ale stylizacji polskich tańców narodowych (polonez, krakowiak, oberek – bo takie tańce zostały w tych częściach? fragmentach? Albumu wykorzystane) mamy już tak dużo. Kompozycja oczywiście posiada znakomite walory dydaktyczne. Zarówno dla wykonawców-akordeonistów (w stosownym wieku), jak i dla słuchaczy, którzy nie znają tańców polskich (a takich jest wielu, ale bez odpowiedniej informacji gdzie, co i jak występuje, i tak się o tym nie dowiedzą). Za to jej potoczysta narracja, świetnie wplecione i rozwinięte cytaty znanych melodii, ponadto zgrabne niezwykle i ze swadą wykonanie Państwa Akordeonistów sprawiły, że utwór miał ogromne wzięcie publiczności.
Na koniec zostawione przeze mnie, ale i na końcu (wcale nie „szarym”)  zabrzmiały - pieśni Andrzeja Nikodemowicza.  Po kompozycjach młodszych kolegów  stanowiły osobny i jakże inny rozdział tego muzycznego spotkania. Były to 2 Kołysanki na mezzosopran i fortepian i „Zostawione piosenki” czyli 5 pieśni na sopran i fortepian do słów Janiny Porazińskiej (1988). Te ostatnie wykonane na I Festiwalu w 2012 r. przez Olgę Pasiecznik, teraz powróciły do nas, słuchaczy, już na zupełnie innej podbudowie poprzednich odsłon. Skojarzenia z estetyką Ravela i Szymanowskiego nie są tu, jak sądzę bez sensu. Ujęcie głosu i towarzyszenia fortepianowego mają łącznik z estetyką początku XX w., choćby w postaci aury kolorystycznej. Fortepian spełnia rolę image_008.jpgdopełniającą, a i eksponującą nastrój, charakter tych miniaturowych cacek. Dziecięce teksty Porazińskiej, które miały kiedyś swoje dziecięce melodie (choćby „Ta Dorotka” ) zostały tu potraktowane „po dorosłemu”, ale w konwencji  -bajki. Zwłaszcza Kołysanki mają jakiś taki zaczarowany timbre, ale wszystkie są muzycznymi baśniami o niezwykle pięknym brzmieniu. Tak istotna dla ich pełnego wyrazu kolorystyka fortepianu („szklana” jak w baśni „Szklana Góra” na nowo opowiedzianej muzycznie przez  Profesora Nikodemowicza na II Festiwalu), mimo braku takiegoż instrumentu (warunki i koszta nie pozwalają na przewiezienie) została oddana przez pianistkę zjawiskowo. Panie: Aleksandra Bubicz-Mojsa (sopran) i Agnieszka Szulz-Brzyska  (fortepian) przeniosły nas z pewnością w inny świat. Było to wykonanie doprawdy czarujące.   
To oczywiście tylko słowa, ale też i muzyka posiłkująca się tekstem ma o wiele więcej  predylekcji do słownych skojarzeń pozamuzycznych, niż inna, którą zwykliśmy określać jako asemantyczną. Jednakże nie znamy dotąd nic lepszego jak mówienie o muzyce (jeśli już w ogóle ktoś widzi potrzebę mówienia o muzyce) przy pomocy znanych słów, które jakże często brzmią metaforycznie. Ta słabość języka opisu muzyki jest nagminna, ale chyba nigdy nie była aż tak wielka, jak w stosunku do muzyki tworzonej aktualnie. Do muzyki  współczesnej nie ma bowiem jednego klucza, właściwie każdy z kompozytorów, a zwłaszcza ci najbardziej awangardowi, tworzą tak nowy i z niczym nieporównywalny język (choć muzyka językiem nie jest przecież, a – abstrakcją), że do każdego trzeba próbować  docierać z osobna, nie ma gotowych muzycznych fasonów (choć są „mody”, oczywiście) do których można przyłożyć miarę – i gotowe. Próbuję tu dla Państwa ewentualnych Czytelników sklecić na szybko jakiś obraz muzyczny wysłuchanych koncertów, ale jeśli nie docieram do istoty, bo nie docieram, to z tego także powodu, że utwory słyszę po raz pierwszy, nie mam też wglądu do partytur, co image_004.jpgpomaga i wiele potrafi rozjaśnić. Ale nie narzekam, tylko się uczę na tych Lekcjach Muzyki Andrzeja Nikodemowicza, jak ładnie o spotkaniach festiwalowych z muzyką Profesora powiedziała Dyrektor Teresa Księska-Falger.

Pointa…
Miło było powrócić na Festiwal po raz piąty i zobaczyć sylwetkę Profesora w ławce kościelnej. Od razu cieplej na sercu. Postać budzi wielką sympatię. Postura mimo wieku
(a może właśnie ze względu…) wspaniała, godna rysunków nie tylko Benka Homziuka.
Czcigodny Profesorze, niskie ukłony od wszystkich melomanów!
                                      
image_015.jpgIwona A. Siedlaczek – najwięcej czasu spędza w Szkole Muzycznej I i II st. im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie, gdzie prowadzi jedną z klas skrzypiec, resztkę wykorzystuje na studiowanie prac z dziedziny  muzykologii, teorii muzyki i filozofii, co czasami owocuje jakimś własnym artykułem. Od czasu do czasu przyjmuje na siebie rolę kronikarki lubelskich (a niekiedy innych miast) wydarzeń muzycznych, której nie należy mylić z krytyką muzyczną, bo wszyscy krytycy już dawno wymarli, a o muzyce współczesnej to już w ogóle nie wiadomo, co i jak pisać…
Współpracuje z Niecodziennikiem Bibliotecznym


image_009.jpg
image_010.jpg
image_011.jpg
image_012.jpg























image_013.jpg
image_014.jpg




< Poprzedni   Następny >
Kopiowanie zamieszczonych materiałów i ich wykorzystywanie bez zgody autorów jest zabronione 2002 - 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone Niecodziennik Biblioteczny.