III KONCERT kameralny,piątek 30 września, Trybunał Koronny, godz. 19.00 Drukuj
poniedziałek, 03 październik 2016
image_001.jpgWieczór  b e z  Nikodemowicza. To znaczy sam Profesor – cieleśnie - jak najbardziej w koncercie uczestniczył, ale nie był obecny w i poprzez swoje dzieło.
Najbardziej czekałam na Trio fortepianowe op. 50 (z 1980 r.) Krzysztofa Meyera (ur. 1943). Cenię go nie tylko za to, że jest świetnym kompozytorem, teoretykiem muzyki, pianistą ale i za to, że uczył nas muzyki Dymitra Szostakowicza (1906-1975). Nie tylko napisał znakomitą monografię tego niezwykłego kompozytora, ale potrafił dokończyć całkowicie w jego stylu operę „Gracze”, co można uważać za umiejętność wtórną (naśladownictwo), ale można (i tak wolę) uważać za swoisty hołd oddany kompozytorowi, którym się fascynował, którego podziwiał i uważał za przyjaciela (z wzajemnością, jeszcze na kilka dni przed śmiercią Szostakowicz napisał do niego list - ostatni) i dlatego odstawił na moment własny sposób tworzenia, aby wczuć się w sposób tworzenia innego artysty.
fot. Małgorzata Nikodemowicz
Meyer nie jest nowatorem w sensie awangardowym (j u ż nie), choć  zauważa, że „sens komponowania to poszukiwanie czegoś nowego” . To poszukiwanie image_002.jpgdzieje się pośród form przeszłych, ale rozumianych dosłownie jako forma, w którą kompozytor nie tylko wkłada nową treść (bo wkłada), ale też korzysta z tego wszystkiego, co było przed nim w muzyce po to, aby pokazać własny świat dźwiękowy, który jest przecież sposobem na uzewnętrznianie własnego świata wewnętrznego, co wielkimi słowami określa się też czasem emanacją Ducha (jeśli ktoś go posiada!). Dotyczy to także i Tria, którego mieliśmy okazję posłuchać po raz pierwszy w Lublinie. Mimo, że ktoś wyszedł, gdy dopiero zaczynaliśmy nawiązywać kontakt z tą muzyką, mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że nie było powodu. To świetna muzyka i nie prowokująca do reakcji skrajnych, czyli na przykład odrzucenia – poprzez wyjście z koncertu.
Danuta Gwizdalanka (prywatnie żona kompozytora) pisze na s. 400 „Przewodnika po muzyce kameralnej” (PWM 1996), że Trio „otwierają cztery akordy  - motto pojawiające się w identycznej bądź zmodyfikowanej postaci we wszystkich pięciu częściach Tria”. Rzeczywiście można je wysłyszeć i był to sympatyczny ukłon w kierunku słuchaczy, którym łatwiej się w nowej materii odnaleźć, gdy są jakieś powtórzenia, nawiązania (tu prócz innych, jedno dość bliskie do Lutosławskiego, którego Meyer był uczniem także, prócz Stanisława Wiechowicza i Krzysztofa Pendereckiego ), do których tak przywykliśmy w dziełach epok wcześniejszych, a co mieliśmy okazję zauważyć bezpośrednio na koncercie, bo był wykonywany jeszcze Schubert i Beethoven, a ta muzyka w znacznej mierze przyzwyczaiła nasze uszy i umysły do powtórzeń, dzięki którym (i wielu innym składnikom tej muzyki oczywiście) łatwiej się jej nauczyć i rozpoznać.
image_004.jpgMeyer w Trio wykorzystał wszystkie znane dotąd sposoby (z wyjątkiem szeregu perkusyjnych, które kiedyś także stosował) wydobycia dźwięku z instrumentów smyczkowych, jak pizzicato, flażolety, sul ponticello, tremolo, akordy i grę con sordino,a w fortepianie z nowszych zdobyczy tylko raz jeden grę na strunach wewnątrz fortepianu (milutko to zabrzmiało). Nie były one jednak związane z poszukiwaniami sonorystycznymi, których wcześniej Meyer oczywiście próbował, ale z tym, co sam kompozytor określa jako „ważną, obchodzącą słuchacza historię wypowiedzianą za pomocą dźwięków”   . W Trio rozbrzmiewały często charakterystyczne, niezwykle nośne brzmieniowo unisona wszystkich albo w pary łączonych instrumentów, które nadawały utworowi charakter symfoniczny. Pięcioczęściowa budowa – określenia Impetuoso, Adagio inquieto, Allegretto capriccioso, Cantabile e furioso i Finał Con moto w formie passacaglii oddają charakter poszczególnych części, które posiadają też pewien tradycyjny rys w postaci początku i zakończenia, co u słuchacza rodzi poczucie, że „coś wie” jednak o tym, co dzieje się w kompozycji. Meyer przyjął na siebie rolę mediatora między tym co przeszłe i tym co bardzo nowatorskie. Ponadto lubi… melodię  , rzecz trochę anachroniczną dla wielu współczesnych kompozytorów, i to się słyszało również w jego Trio, ale nie jest to melodia typu „do natychmiastowego zagwizdania”. Zresztą w okresie, kiedy powstawały dzieła dziś uznanych mistrzów, także tzw. melodie niekoniecznie - jak się to mówi - wpadały w ucho (no chyba, że muzykalnemu kosowi Mozarta!) i bywały określane jak niezrozumiałe, brzydkie, a nawet barbarzyńskie. Odbiór dzieł sztuki zmienia się i nie możemy wiedzieć, co będzie najbardziej cenione przez tych, którzy przyjdą po nas, szczególnie w dalekiej przyszłości. Ale na razie możemy mieć jakiś wpływ na to, co następne pokolenie będzie wiedziało o muzyce i czy w ogóle będzie chciało jej słuchać. Nie mam na myśli tapety muzycznej, która od pół wieku (albo i dłużej) towarzyszy nam dosłownie wszędzie i powoduje nie tylko zwyrodnienie pewnych części układu słuchowego, a więc – głuchotę, ale także nieodwracalne zmiany w umysłach. Percepcja muzyki, szczególnie muzyki nowej, to czynność wysoce intelektualna, wsparta oczywiście emocjami i wszystkimi innymi impulsami dostarczanymi do mózgu poprzez skórę i inne zmysły (szczególnie w czasie słuchania muzyki na żywo). Ale  b e z  włączenia intelektu jesteśmy w stanie słuchać i rozpoznawać tylko to, co już dobrze znamy, osłuchane schematy, melodie, formuły harmoniczne itd. Pan, który wyszedł na Meyerze nie skorzystał z okazji do pobudzenia intelektu, aby mogła zaistnieć percepcja muzyki nowej, nieznanej.
A szkoda…
image_003.jpgTo, co w czasie wieczoru odbywało się wokół Meyera (dla mnie Meyer stanowił clou koncertu, sama możność posłuchania tej muzyki na żywo), pięknie współgrało z jego osobistymi preferencjami muzycznymi. Mówi Meyer:„Kiedy byłem bardzo małym chłopcem, miałem okazję przysłuchiwać się domowym koncertom kameralnym, które regularnie odbywały się w naszym domu. Stąd pierwszych wrażeń muzycznych dostarczyła mi muzyka kameralna Beethovena, Schuberta i Brahmsa. Być może właśnie dlatego kameralistyka przez całe życie obchodziła mnie szczególnie. Prawdopodobnie te pierwsze wrażenia w sposób zasadniczy wpłynęły na kształt moich przyszłych zainteresowań i hierarchię wartości. Niezwykle misterna forma Beethovenowska z całym swoim repertuarem środków oddziaływania na psychologię słuchacza stała się później punktem odniesienia dla wielu moich przemyśleń. Także bogactwo niuansów wyrazowych w muzyce Schuberta i Brahmsa wpłynęło na mój sposób myślenia”. 
Jak na zamówienie kompozytora międzynarodowe Trio Manaz z polską skrzypaczką Magdaleną Rezler, francuskim wiolonczelistą Antoine Billetem i pochodzącym z Istambułu pianistą Azizem Kortelem zagrało jego muzycznych antenatów. Rzeczywistych, bo kompozytor w dziedzinie kameralistyki jest spadkobiercą i twórczym kontynuatorem form kameralnych, zwłaszcza kwartetu smyczkowego, a dzieł na ten skład napisał dotąd - czternaście. Trio Manez wystąpiło w Lublinie po raz pierwszy. To ze wszech miar znakomici muzycy, wspaniale osadzeni w kameralistycznej tradycji wykonawczej zachodu . Trio Meyera poprzedziło Franza Schuberta Trio fortepianowe Sonatensatz  B-dur w katalogu Deutscha pod nr 28, a wieczór zakończyło Trio fortepianowe Es-dur op.70 nr 2 Ludwiga van Beethovena. Wczesny, młodzieńczy (według dzisiejszych standardów Schubert pozostał młodzieńczy do końca swego zaledwie 31-letniego życia) utwór przypomniał wiedeńską gemütlichkeit, ulubioną atmosferę Schuberta – małego salonu pełnego przyjaciół, będących artystami i koneserami sztuki, głównie – muzycznej. Spotkania te nazwano potem schubertiadami.

 Julius_Schmid_Schubertiade.jpg
Julius Schmid - Eine Schubertiade (1897)
Salon w Trybunale Koronnym jest większy, bo to właściwie sala balowa, ale te obrazy, żyrandole i krzesła i tak tworzą jedyną (z pewnością jedyną w Lublinie) taką przestrzeń, gdzie muzyka kameralna może się poczuć dobrze, u siebie. Dzięki Trio Manez mogliśmy przenieść się do wiedeńskiego salonu początku XIX w. Zrobiło się naprawdę gemütlich.Beethoven był znacznie bardziej ekspansywny niż Schubert, więc i anektował większą przestrzeń dla swoich dzieł. Ale nie łudźmy się, że za życia Pana B. jak i teraz osób, które chciały (i umiały) słuchać muzyki kameralnej było o wiele więcej. Dlatego taka sala jest z całą pewnością wystarczająca, bo ma atmosferę i akurat odpowiednią akustykę (o co w Lublinie także niełatwo!). Trio Manez wypełniło ją dźwiękiem tak pełnym, doskonale zsynchronizowanym, kiedy trzeba pełnym wirtuozowskiego blasku, a kiedy trzeba  - lirycznym, że publiczność w zachwyceniu długo biła brawo. Otrzymała za to uroczy, niekonwencjonalny, i bardzo cenny poznawczo bis - miniaturę nieznanej (przynajmniej dla piszącej te słowa) kompozytorki, uczennicy Clary Schumann -  Luise Adolphy Le Beau (1850-1927). Urocze, króciutkie Scherzo spowodowało, że rozstaliśmy się  - wspaniali wykonawcy i my, publiczność, w bardzo dobrych nastrojach. Zdecydowanie podnieśliśmy tym średnią ludzi życzliwych spacerujących wtedy po Lublinie. W tym sensie rzeczywiście muzyka potrafi jednak jakoś „łagodzić obyczaje”.  I ma szansę to robić, przynajmniej dopóki trwa V Festiwal Andrzeja Nikodemowicza.
Iwona A. Siedlaczek

Patrz http://www.polskieradio.pl/8/688/Artykul/1249449,Krzysztof-Meyer-sens-komponowania-to-poszukiwanie-czegos-nowego
  Kompozytorzy polscy 1918-2000, Red. Marek Podhajski, Warszawa-Gdańsk 2005, s. 609.
  „wierzę w nieodzowność melodii w muzyce”, tamże s. 610.
  Krzysztof Meyer. Do i od kompozytora. Red. M. Jabłoński, Poznań 1994, s. 92.
image_012.jpgIwona A. Siedlaczek – najwięcej czasu spędza w Szkole Muzycznej I i II st. im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie, gdzie prowadzi jedną z klas skrzypiec, resztkę wykorzystuje na studiowanie prac z dziedziny  muzykologii, teorii muzyki i filozofii, co czasami owocuje jakimś własnym artykułem. Od czasu do czasu przyjmuje na siebie rolę kronikarki lubelskich (a niekiedy innych miast) wydarzeń muzycznych, której nie należy mylić z krytyką muzyczną, bo wszyscy krytycy już dawno wymarli, a o muzyce współczesnej to już w ogóle nie wiadomo, co i jak pisać…
Współpracuje z Niecodziennikiem Bibliotecznym

 



< Poprzedni   Następny >
Kopiowanie zamieszczonych materiałów i ich wykorzystywanie bez zgody autorów jest zabronione 2002 - 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone Niecodziennik Biblioteczny.