IV Koncert Festiwalu Andrzeja Nikodemowicza, symfoniczny, 30 września 2017 Drukuj
poniedziałek, 09 październik 2017
Sala koncertowa Filharmonii im. Henryka Wieniawskiego.
image_005.jpgJedyny koncert symfoniczny VI Festiwalu został włączony w program wydarzenia „Lublin inspiruje kobiety – kobiety inspirują Lublin” - spotkania kobiet twórczych, które wyróżniają się działalnością na rzecz Lublina i jego mieszkańców w dziedzinach społecznych i kulturalnych. Wiele z nich rzeczywiście zasiadło wśród publiczności, aby wysłuchać świetnej orkiestry Sinfonia Iuventus, znakomicie poprowadzonej przez Zygmunta Rycherta.

Program rozpoczął utwór Dariusz Przybylskiego „Musica in forma di rosa. Omaggio a Pasolini for violin and symphony orchestra” z 2015 r. Kompozytor młodego pokolenia (ur. 1984) robi zawrotną karierę, ma na swoim koncie wiele nagród i wyróżnień, 25 nagranych płyt ze swoją muzyką, jest dr hab. i pełni funkcję Prodziekana Wydziału Teorii i Kompozycji UMiFC.
fot. Jerzy Jacek Bojarski
 Z listy jego kompozycji można wnioskować, że inspiracje pozamuzyczne są dla niego istotne i otwarcie się do nich przyznaje /co dla awangardy było faux pas, ale teraz żyjemy już przecież w postmodernie/. Widać też, że dzieło poetyckie Pier Paolo Pasoliniego (1922-1975)- włoskiego twórcy tyleż wszechstronnego (pisarz, poeta, malarz, reżyser i scenarzysta filmowy), co kontrowersyjnego, wręcz szokującego zarówno twórczością jak światopoglądem i życiem jest dla kompozytora niesłabnącym źródłem, które wciąż zasila jego siły twórcze. Prócz koncertu skrzypcowego Przybylski skomponował  bowiem w r. 2017 „Fontana di amore per nessuno.  Omaggia a Pasolini for saxophones, boy soprano and orchestra (1). Inspirują go też soliści i orkiestry, które grają jego utwory (jeśli to katowicki NOSPR, to doskonale zrozumiałe). „Musica in forma di rosa” została skomponowana dla znakomitej skrzypaczki Patrycji Piekutowskiej, która także dla lubelskiej publiczności ten „koncert” skrzypcowy wykonała. Kompozytor nie określa formy, ale jeśli stawia skrzypaczkę jako solistkę wśród dużej orkiestry, to siłą rzeczy umieszcza ją w tym tradycyjnym kontekście. Płyty z nagraniem jeszcze nie słuchałam (2), z wysłuchanego na żywo jednorazowego wykonania chyba nie da się powiedzieć wiele o utworze. Z pewnością kompozytor postawił na – kolor . W orkiestrze jest m.in. celesta, która wchodzi w miłą relację ze skrzypcami w wysokich rejestrach /od której wszystko się rozpoczyna/, dodatkową barwę dają talerze pocierane smykiem i instrumenty dęte, też w wysokich rejestrach. Nie są to poszukiwania sonorystyczne, bo podobne brzmienia „odnaleziono” już w polskiej sonorystyce w latach 60-tych i 70-tych. Kompozytor raczej korzysta z tego, co już było, włącznie z bardzo „romantycznym” portamento skrzypiec na wysokie dźwięki i efektownymi symfonicznymi wstawkami orkiestry, z których na chwilę wyprowadzane skrzypce były momentami słabo słyszalne. Partia skrzypiec – z pewnością bardzo interesująca dla solisty – jest swoistym recitativem secco z momentami arioso i … furioso, o tyle wymagającym, co  dającym satysfakcję wykonawczą. Oczywiście skrzypaczka i orkiestra pod batutą Zbigniewa Rycherta dali pokaz znakomitego wykonawstwa, które zresztą towarzyszyło wszystkim pozycjom programu.
image_008.jpgDopełnieniem tej części był  „IV Koncert fortepianowy” G-dur op. 58 Ludwiga van Beethovena w wykonaniu uroczej /jak to jest we wschodnim zwyczaju/ i utalentowanej Koreanki Soo-Jung Ann / 피아니스트 안수정 - nie mogę sobie odmówić wstawienia tych ślicznych kreseczek jej imienia/. Na widowni siedzieli Rodzice solistki, subtelnie nagrywając jej występ na telefon koreańskiej firmy i byli trochę zawiedzeni, że dała tylko jeden bis /Fryderyka Chopina „Nokturn” op. 9 nr 2/. Grała prześlicznie.
IV koncert Beethovena jest niezwykle śpiewny, ale nie – sielankowy- o nie. Artystce udało się go dopieścić w każdym szczególe. Może aż za bardzo, jeśli chcemy słyszeć  w Beethovenie – Beethovena. Ale co to właściwie znaczy? Na szczęście każdy słyszy trochę inaczej i wersja Soo-Jung Ann wpisuje się w długą listę różnorodnych, a pięknych interpretacji. Koncert świetnie dopracowany także przez orkiestrę. Przyjemnie jest patrzeć na smyki z takim rozmachem prowadzone, na wspólne oddychanie i wyczuwalną więź z batutą dyrygenta – działającą zresztą dokładnie tyle, ile trzeba, bo resztę stanowi –charyzma Zbigniewa Rycherta, którą nie raz można było odczuć podczas prowadzonych przez niego koncertów w Lublinie.
Część II koncertu fortepianowego - Andante con moto – brzmiała w smyczkach bardzo szlachetnie, a artystka poprowadziła z groźnym recytatywem orkiestry z anielską cierpliwością i nieziemskim dźwiękiem fortepianu, rozmowę, która spowodowała, jak zaplanował to Beethoven – wyciszenie i mogła potem z tym większą energią zabłysnąć  
w finałowym Rondo (Vivace), które dosłownie „wyszczebiotała”, jak skojarzony z tym koncertem – skowronek (3). Nic zatem dziwnego, że po ostatniej nucie wybuchły wielkie brawa i nikt nie miał ochoty wyjść na przerwę.
Ale po przerwie też działy się rzeczy wspaniałe! „Symfonia na wielką orkiestrę” Andrzeja Nikodemowicza, której daty powstania podawane są różnie:  1974-75, albo tylko 1975, albo wreszcie „z lat 70-tych”, która była już (raz jeden?) wykonana, ale nie ma informacji: gdzie i kiedy (może w Lublinie?).
Z pewnością  natomiast    t o   jej wykonanie zasługuje na najwyższe uznanie i uświadamia, że muzyka Nikodemowicza w ogóle się nie zestarzała, może zresztą to publiczność dojrzała do słuchania i za-słuchania się w kompozycji, która jest z ducha i środków sonorystyczna i aleatorystyczna (w stopniu kontrolowanym, jak u Lutosławskiego, oczywiście).
image_002.jpgO pomysłach z okresu awangardowych poszukiwań Andrzeja Nikodemowicza pisał w artykule „Nurt awangardowy w twórczości Andrzeja Nikodemowicza na przykładzie Sonorita quasi una sonata per  violono, violoncello e pianoforte” muzykolog lubelski Marek Dudek (3). Partytura „Symfonii”, choć jej nie oglądałam, musi  być pełna różnych odautorskich znaczków, analogicznych do tych pokazanych na stronach 127-135 artykułu  Marka Dudka jako „symbolika sonorystyczna”. Ale nie wnikając w kwestie warsztatowe, bo nie ma tu na nie szans z braku tekstu partytury, „symbolika sonorystyczna” została pięknie przełożona na ruchy palców, smyczków, odpowiednie wydobycie dźwięków przez dęte i znakomite wykorzystanie niezwykle bogatego jak na kompozytora zestawu instrumentów perkusyjnych i perkusjonaliów. Od pierwszych taktów chyba cała obecna publiczność została  wciągnięta w narrację i tak było aż do, jak to u Mistrza Andrzeja bardzo często  bywa – „modlitewnego zakończenia” …
Pięknie brzmiące, bo z wielką odwagą i ochoczo przez młodych muzyków wykonywane szmery strunowych, tremola, tremolanda, pizzicata i glissanda. Świetnie brzmiące poszczególne grupy instrumentów, aż po zabawne glissanda puzonu /kompozytor miał unikalne poczucie humoru i to daje się słyszeć także w tej symfonii/ i „filmowe” frazy waltorniowe. „Szklanych” brzmień harfy, smyczków, fortepianu i dzwonków – mających dużo wspólnego z kompozycją  „Szklana góra, pantomima na narratora i zespół instrumentalny” (1969) słuchało się tak samo świetnie jak muzyki do baśni wykonanej  w czasie III Lubelskiego Festiwalu 28 września 2014 roku.
Muzyka tej „Symfonii” rzeczywiście układała się w opowieść, od pojedynczych głosów, przez wzajemne przekrzykiwania się grup, aż po otwarty „hałas” perkusji. Z werblem  i trąbkami jak z Szostakowicza, tworzącymi momenty dramatycznego napięcia, klasterami
i potrójnym staccato dętych brzmiała fantastycznie i w dodatku nie była, jak w bardzo wielu kompozycjach – poszukiwaniach – tylko zlepkiem pomysłów, istniejących obok siebie w określonych ramach czasowych, a niezwykle interesującą i piękną – całością. Dlaczego?image_004.jpg
Jeśli, jak we wprowadzeniu podkreśliła Dyrektor Festiwalu Teresa Księska- Falger, „Symfonię” sam kompozytor uważał za dzieło w muzyczny sposób pokazujące jego życie, to choć nie mamy tu przecież do czynienia z faktami, mogliśmy odebrać i przeżyć nastroje: smutek, melancholię, tragizm, ale i humor i radosne uniesienia, które prowadziły do jasno rysującej się pointy - Andrzej Nikodemowicz zawsze czerpał siły życiowe z Transcendencji. Nie dziwi zatem, że i w „Symfonii” wprowadza nas w Nią - dźwiękami, wyciszając i oddalając od spraw ziemskich za pomocą stopniowego zmniejszania obsady i maksymalnego rozjaśniania barwy instrumentalnej, aż po gamowy pochód dzwonków w górę, co jak dla mnie jest najczystszą Anabasis – barokową figurą wstępującą, przy pomocy której wyrażano „wywyższenie, ruch w górę lub rzeczy wzniosłe i wspaniałe”.  Takie właśnie jest to wzruszające zakończenie.
„Symfonia na wielką orkiestrę” okazała się dziełem fantastycznie interesującym, nie tylko nie zestarzałym, ale na tle znanych innych utworów związanych z sonorystycznymi poszukiwaniami - bardzo świeżym i oryginalnym.  
image_003.jpgZasługę ogromną dla odbioru dzieła miało wykonanie Orkiestry Sinfonia Iuventus i prowadzącego ją bardzo, bardzo precyzyjnie Zygmunta Rycherta. Jest to jeden z takich dyrygentów, których  pracę i współpracę z orkiestrą słychać w czasie koncertu. A orkiestra złożona z młodych, jeszcze nie zniechęconych tzw. życiem artystycznym muzyków, muzyków świetnych, grających solistycznie, musi brzmieć po prostu znakomicie.
Najwyższy Czas, aby dzieło Andrzeja Nikodemowicza zostało nagrane, naprawdę!
Iwona Agnieszka Siedlaczek

(1)    Kompozycja miała premierę 24.03.2017 w czasie prestiżowego Festiwalu Premier NOSPR
w Katowicach. Partię saksofonu grała Alina Mleczko, młodziutki słowik poznański Józef Biegański dał swój sopran, a całość z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach poprowadził  Jose Maria Florencio.
(2)    Dariusz Przybylski, Musica in forma di rosa, CD 2016, DUX 1293. Album zawiera utwory skomponowane w latach 2010–2015: Koncert akordeonowy, Koncert wiolonczelowy, Musica in forma di rosa na skrzypce i orkiestrę oraz Katabasis – utwór orkiestrowy z udziałem 20 młodych wykonawców. Wszystkie utwory nagrane zostały przez Narodową Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia pod batutą Szymona Bywalca, Michała Klauzy i Pawła Kotli. Orkiestrze towarzyszą znakomici soliści, dla których powstały utwory znajdujące się na płycie: Magdalena Bojanowicz – wiolonczelistka, Maciej Frąckiewicz – akordeonista i Patrycja Piekutowska – skrzypaczka. W omówieniu płyty Krzysztof Lipka pisze: „Dariusz Przybylski jest twórcą wszechstronnym. Muzyka fortepianowa, organowa, kameralna, orkiestrowa, chóralna, operowa – kompozytor w każdym gatunku znakomicie się odnajduje, wykazuje dogłębnie opanowanym warsztatem, zawsze ma wiele do powiedzenia, a przede wszystkim jest twórcą o oryginalnej osobowości i świadomym poczuciu estetyki.”
(3)    Koncert nazywany jest „Skowronkowym” ze względu na radosną i błyskotliwą frazę, ale i udokumentowaną w listach kompozytora rozkwitającą w czasie komponowania miłość do młodej wdowy Józefiny Brunsvik.
(4)    ROCZNIKI TEOLOGICZNE, Tom LXIII, zeszyt 13 – 2016, s. 117-140.

image_012.jpgIwona Agnieszka Siedlaczek -  wciąż jeszcze nauczycielka skrzypiec Szkoły Muzycznej I i II st. im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie, bardzo przywiązana do słuchania żywej muzyki, z której na gorąco pisze czasami notki, noty i elaboraty, których nikt nie czyta (z wyjątkiem Redaktora Niecodziennika, ale On to robi z obowiązku), ale przecież ktoś musi prowadzić choćby niekompletną  Kronikę Lubelskiego Życia Muzycznego. Dla Potomności!  
image_013.jpg  





















Iwona Agnieszka Siedlaczek i Małgorzata Nikodemowicz
image_010.jpg
image_001.jpg
image_011.jpg
prof. Mariusz Dubaj, Małgorzata Hołda-Bielecka i prof. Adam Natanek
< Poprzedni   Następny >
Kopiowanie zamieszczonych materiałów i ich wykorzystywanie bez zgody autorów jest zabronione 2002 - 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone Niecodziennik Biblioteczny.